
Lipiec minął jak z bicza trzasnął!
Dlaczego?! - pytam błagalnym tonem...
No dlaczego - rzucam raz jeszcze w przetrzeń.Cisza. Jak co roku nie otrzymuję odpowiedzi. To samo będzie z sierpniem - myślę nadąsana. I z wrześniem, październikiem, listopadem i nawet z grudniem! Czas mknie nieubłaganie szybko, kolejne dni tygodnia maszerują w zbitym szeregu szybkim krokiem niczym wojsko na defiladzie. A my, zagubieni, ziajani, zmęczeni i sfrustrowani pędzimy gdzieś, niewiadomo gdzie... szukamy czegoś i niewiemy czego.
Jak nie zwariować w tym maratonie? - długo szukałam odpowiedzi na to pytanie. Próbowałam wielu rzeczy, wysłuchałam wielu rad jednak wciąż pozostawałam bez odpowiedzi. Za wszelką cenę chcąc posiąść tejmną, mistyczną i wyjątkową umiejetność zatrzymania czasu, paradoksalnie zegar przyśpieszał jak szalony. I dziś choć nie marzę o niczym innym jak o tym, żeby godzina trwała godzin pięć, to potrafię wydłużyć każdą minutę, którą tylko zechcę. Pewnie ciekawi jesteście jak to zrobić?